Kiedy myślę „science fiction”, to widzę przemykające w mroku ksenomorfy, wariackie pościgi za statkami wrogiej floty i złe imperium stojące po ciemnej stronie mocy. Wyobrażam sobie poematy pisane przez superinteligentne komputery i podróże do kresu ludzkiego poznania. Od czasu do czasu jednak trafia mi się książka, która nie mieści się w tym paradygmacie – i całe szczęście. „Człowiek, który spadł na Ziemię” z 1963 roku, jedenasty artefakt wydawnictwa MAG, to SF z zupełnie innej, jeśli można tak powiedzieć, bajki. To kameralna, niepozorna opowieść, której autor wykorzystuje fantastycznonaukowe metafory do wiwisekcji duszy współczesnego człowieka. Ten zaś okazuje się zagubiony, zalękniony, a przede wszystkim... nieziemsko samotny.
Samotności, jakaś ty przeludniona, czyli „Człowiek, który spadł na Ziemię” Waltera Tevisa
Kiedy myślę „science fiction”, to widzę przemykające w mroku ksenomorfy, wariackie pościgi za statkami wrogiej floty i złe imperium stojące po ciemnej stronie mocy. Wyobrażam sobie poematy pisane przez superinteligentne komputery i podróże do kresu ludzkiego poznania. Od czasu do czasu jednak trafia mi się książka, która nie mieści się w tym paradygmacie – i całe szczęście. „Człowiek, który spadł na Ziemię” z 1963 roku, jedenasty artefakt wydawnictwa MAG, to SF z zupełnie innej, jeśli można tak powiedzieć, bajki. To kameralna, niepozorna opowieść, której autor wykorzystuje fantastycznonaukowe metafory do wiwisekcji duszy współczesnego człowieka. Ten zaś okazuje się zagubiony, zalękniony, a przede wszystkim... nieziemsko samotny.
